poniedziałek, 30 lipca 2012

JARTE zawstydziło PKP



































































Za nami siódma edycja M4 - Moje Miasto Moje Miejsce. Wyżej kilka fotek :) reszta na www.m4.mielec.pl i facebooku

środa, 4 lipca 2012

BULA



Wczorajsze popołudnie minęło pod znakiem zapytania. Będzie burza, czy nie będzie?
Ale i tak rower pod wiatr daje radę. Wola Mielecka i wystawa BULI.

Grzesiu pełen szacun.




















wtorek, 26 czerwca 2012

Koniec ŚWIATA - wstęp do warsztatów M4 2012

Koniec ŚWIATA

     No tak. Przypadek gościa mojego sąsiada jest nadzwyczaj śmierdzący. Nie wiem czy się wprasza, czy jest zapraszany. Po raz drugi w tym tygodniu natknąłem się na niego przed moimi drzwiami. Tym razem kątem oka zauważyłem, że zatrzymał się, zakiwał na lewo i wydobył z siebie dźwięk pracy mózgu. Przekręciłem klucz w drzwiach i wrzuciłem w kieszeń - myślenie trwało. Zdawało się, że przeżywał de jawu poprzedniego razu. O nie! Jego reakcja była bardziej wyrafinowana. Z jego ruchu ciała wyczytałem znak ustępu. Postanowił grzecznościowo mnie przepuścić.
Niestety jego zapach już zszedł piętro niżej i skumulował się zaraz przy wyjściu z klatki niczym lepka maź. Jeszcze kilkanaście kroków otulał mnie jego szarmancki gest.

     Tu właśnie przypomniała mi się pewna refleksja związana z moją babcią. Zdarzało się mojemu wujkowi lata temu wracać z pracy lekko podchmielonym, podżytnionym, podjęczmienionym ... - z tego co kojarzę (a przynajmniej kilkakrotnie to słyszałem), na przywitanie tejże niedoli-wołała .... KONIEC ŚWIATA.
Tu zadaję sobie pytanie jak, właściwie wygląda taki KONIEC? Wszak moja babcia nadzwyczaj często nadużywała tych słów, zwłaszcza iż posiadała sześcioro dzieciów i każde z nich w różnych stanach marnotrawnie powracało do domu. Tu więc myślę, że sam powrót do domu może być pewnego rodzaju KOŃCEM ŚWIATA - pytanie tylko dla kogo. Wtem zawitał w myślach moich pewien pan, który podczas rozmowy na dworcu w Brzozowie zdradził mi swoje miejsce zamieszkania, twierdząc, że mieszka na końcu świata. W prawdzie dodał opisowo, że to tam, gdzie wrony zawracają i psy dupami szczekają, ale i tak bym do niego nie trafił. Pamiętam jeszcze z lekcji geografii i z telewizji, że Ziemia jest okrągła i jak każda kula raczej nie ma końca ani tej drugiej strony. Zbliżając się do sedna rozprawki wnioskuję, że nie chodzi tu raczej o miejsce, ale o coś pozaprzestrzennego. To, że rozpoczynamy życie w jakimś punkcie istnienia wszechświata wcale nie świadczy o tym, że zaczyna się z nami, ani nie skończy się, gdy ciało nasze zemrze. Moje niejednokrotnie egocentryczne myślenie, sugeruje nie raz umiejscowienie mojego pępka jako epicentrum wszelkich wydarzeń, ale po wyciągnięciu z niego farfocli  ucieka ze mnie ta bestwialska kieracizna. Albo odwrotnie. ...  żona czasem sugeruje, że moim światem rządzi, a raczej żołądzi to coś poniżej pępka.

     Koniec ŚWIATA już był. Skończył się pewnego dnia i w zasadzie nikt tego nie zauważył. Obecnie egzystujemy sobie w tym czyś co sobie wokół siebie stwarzamy. Tu należy pozazdrościć ludziom o niepohamowanej wyobraźni, którzy jako dodatkowy bonus korzystania ze swojego bytu uruchamiają nieograniczoną myśl. Myśl ta przenika wszelkie wszelakości, bo jak nazwać coś czego nie mogę sobie wyobrazić, dopuszczając do swoich myśli dopuszczenie tych myśli.
Żyję więc sobie w tych czasach, dopuszczając się różnych czynów systemowych i niesystemowych, podporządkowując się pewnym regułom i zasadom panujących najjaśniejszych panów. którzy i tak są łepkiem szpilki. Zalewa nas woda, spala nas słońce, gromy z nieba sieją spustoszenie, oddech ziemi zmiata z powierzchni całe dobytki i gminy. Budujemy na nowo domek z kart czekając na kolejny drżący pierd. Pierd przeszywający lica wszelakiego stworzenia. Odkurzaczowy wir, wysysający wszystkie kwiaty z ogródka sąsiadki, pozostawiając jedynie małą lilijkę.

    Jeśli przyjdzie taki czas, że uda mi się przetrwać miszmasz ataków przyrody, który uchroni również resztę ludziów, pozbywając ich jednak wszelakich urządzeń, trwałych środków, budowli, wszystkiego tego co kupili, zgromadzili, czym się otaczali, co przytulali - wstanę, otrzepię się i z tego całego wysypiska, całej kupy, zlepku, z tej wielkiej sterty będę pojedynczo wyciągał owe niezidentyfikowane struktury, formy przestrzenne i wskrzeszał z nich będę  formy przestrzenne na własny użytek, użytek innych, dla wygody i dla frajdy. W tej kupie będzie wszystko co będę potrzebował i każdą zachciankę będę mógł spełniać. Normalnie eko dizajn bede robił.

A potem, zamknąwszy drzwi na klucz udam się odwiedzić babcię.


                                                                                                                 Andrzej Kulig
                                                                                                                 www.m4.mielec.pl

   

niedziela, 24 czerwca 2012

Wystawa fotografii „FOTOPROJEKT 2012”



            Każdy z nas  staje się członkiem gminy. Otaczają nas różne przestrzenie, obcujemy w nich z różnymi ludźmi, utożsamiamy się z nimi, lub wręcz przeciwnie - szukamy innego miejsca, które zapewni nam poczucie bezpieczeństwa i da możliwość funkcjonowania i rozwijania swoich zainteresowań. W naszym przypadku, przypadku uczestników „FOTOPROJEKT-u 2012 ”, to właśnie Gmina Wiejska Mielec stała się poligonem realizacji wyznaczonego  zadania. Ludzi z różnego przedziału wiekowego, o różnych zainteresowaniach, charakterach połączyła chęć rozwijania umiejętności fotografowania, miejsce i czas.                                          .
            Jak się okazało, podczas tych kilkudziesięciu godzin pracy w plenerze dotarliśmy do miejsc, które ogólnie kojarzymy, wiemy że są, bywaliśmy tam już,
lub nawet mieszkamy w pobliżu. Przestrzeń ta nabiera jednak innego kształtu, patrząc na nią przez wizjer aparatu fotograficznego. Kilka miejsc odwiedziliśmy po raz pierwszy w swoim życiu. Spacer w celu wykonania zdjęcia stał się pewnego rodzaju połączeniem przyjemnego z pożytecznym. Nie raz wymagał wysiłku, czy też powrotów w celu sfotografowania obiektu o innej porze dnia, przy lepszych warunkach oświetleniowych.
            Plenery, obiekty roślinne, architektura - stały się elementami składowymi kadru, puzzlami kompozycji, barwnymi plamami z których układaliśmy spójny koncept docelowej wystawy. Chcieliśmy skupić się na kilku wybranych przez nas tematach, które zdefiniowałyby w sposób uniwersalny Gminę Mielec. Zgodnie z założeniem chcieliśmy ująć kilka miejsc charakterystycznych dla naszego regionu, sfotografować je w sposób ciekawy, interesujący, czy nawet zaskakujący.  Chcemy za pomocą fotogramów przybliżyć
aktualny stan tych terenów ludziom z okolic Mielca, jak również całej Polski i Świata. Zgodnie ze słowami wiersza "Wieś" Stanisława Jachowicza "Cudze chwalicie, swego nie znacie, Sami nie wiecie, co posiadacie" zapraszamy do oglądnięcia miejsc przybliżonych  na fotografiach, a potem osobiście już w poszczególnych miejscowościach "na żywo".                               .
            To co udało się zrobić, to efekt rekonesansu terenów: Chorzelowa, Woli Chorzelowskiej, Chrząstowa, Szydłowca i Trześni. Uczestnikami projektu byli: Andrzej  Kościelny, Bartłomiej Bryś, Joanna Piątek, Jolanta Gawryś, Leszek Zaskalski, Ryszard Kotra, Wioletta Jeż  i Witold Miodunka. W przyszłości "FOTOPROJEKT" będzie miał na celu działania na terenach: Złotnik, Rzędzianowic, Woli Mieleckiej, Podleszan, Książnic, Bożej Woli, Goleszowa i Rydzowa.

                                                                                                                                             Andrzej Kulig


* „FOTOPROJEKT 2012 ” to bezpłatne warsztaty fotograficzne dla młodzieży i dorosłych z terenu wiejskiej Gminy Mielec. Organizatorem warsztatów jest Samorządowy Ośrodek Kultury i Sportu Gminy Mielec z siedzibą w Chorzelowie.










wtorek, 14 lutego 2012

Grzesiek Przypadek

Z cyklu: „Marginalia dla moich szwagrów na niejedno posiedzenie”.


                Spotkałem się z Grześkiem przypadkiem, bo tylko tak się z nim spotykam. Są to wizje niezaplanowane i co zazwyczaj bardzo nie w porę dla mnie i nie ukrywam - niechętne. Grzesiek wyciągną swoją łapę na przywitanie, a ja odruchowo (bo to przecież wypada) - wyciągłem swoją. Załapał i tarmosił ją chwilę, a ja nie myślałem o niczym innym, tylko o dezynfekcji jej jakimiś silnymi środkami odkażającymi, np. takimi, jakich używa się w gabinetach stomatologicznych do przemywania końcówek i narzędzi. Fuj. Ale ze mnie wstręciuch.
                W sumie to nie mam nic do Grześka, ale jakoś zawsze dotykając jego dłoni mam wrażenie obcowania z jakąś galaretowatą, lepką masą, która okrywa trochę twardsze elementy człowieczego rusztowania. A to z czym ta macka miała kontakt przed momentem, nie mówiąc już o skraplaniu myśli na temat wielofunkcyjności owego członka, ma w moim przypadku daleko idące domniemania, które nawet w jednym procencie prawdy porażają mnie jakimiś prądopodobnymi falami. Do tej pory nie wiem dlaczego to działa właśnie z jego osobą. Zachodzi tu dziwne zjawisko sprzężenia naturalnych zachowań ludzkich z niewyobrażalnie ohydną imaginacją tych czynności.
Niechybnie w myślach symuluję podcieranie dupska przez tą łapę i ześlizgnięcie się jej z toru. Omsknięcie ręki w takich czynnościach i tarcie bez oddzielenia wierzchnich warstw części ciała papierem w przypadku Grześka jest wypisane na jego twarzy. Świadczą o tym wypryski na twarzy, jego ciągle przetłuszczające się włosy popękane wargi, zniszczone zęby ... . Nie rozumiem - powiedziała do mnie kiedyś Ewa, ale ja nie wtajemniczając jej w sedno sprawy, nigdy nie wyjawiłem jej sekretu nakrycia Grześka przy czynności wydobywania brudu spod paznokci grzebykiem, przetrzymywanym w gotowości w tylnej kieszeni znoszonych jeansów. Tłuste łapska, które oblizawszy z resztek kurczaka wycierał w ścierę, serwetkę, spodnie, flanelową koszulę, obrus, siedzącego obok, nieświadomego ktosia, telefon, szklankę ... waląc konia przed godziną. Pchanie samochodu sąsiada, gaszenie peta na podeszwie buta, dłubanie w nosie, drapanie się po jajach, poprawianie kutasa, przekładanie jabłek w markecie, smeranie w uchu i zjadanie tego co ukopał. Drapanie łysiejącej głowy, głaskanie psa sąsiadki, naduszanie guzika od windy, podpisywanie papierów w urzędach, obieranie ziemniaków dla całej rodziny, smarowanie chorej babci maścią, szorowanie butów, mycie zacieków kabiny prysznicowej, zdrapywanie kup pająka z wizerunku Najświętszej Panienki, pompowanie koła od roweru ...
                - Chcesz fajkę - zapytał śmignąwszy kartonikiem.
- Nie, dzięki.
- Co słychać?
Cóż mogłem odpowiedzieć? Pojechałem standardowo, po polsku - w porządku, jakoś leci.
- A u Ciebie? - tak jakby mnie to interesowało.
- Wiesz, nawet dobrze, że się spotykamy, bo chciałbym z Tobą pogadać. Masz chwile? Może skoczymy na jakieś piwko.
- Wiesz co ... dziś to nie dam rady...
W sumie to szwendam się bez konkretnego celu po mieście, ale nie mam ochoty iść z nim na piwo, w ogóle robić z nim cokolwiek. Jak mu sprzedać jakiegoś wykręta. Bestia jest inteligentna. Nie powiem mu, że śpieszę się na pociąg, bo przez Mielec już nie jeżdżą pociągi. Kurde.
... Umówiłem się na spotkanie i właśnie już jestem spóźniony.
- A gdzie masz to spotkanie, to cię podprowadzę.
- W sumie to pędzę na plac na Taxi i jadę na starówkę.
- Spoko, pojadę z Tobą
                Kura Maćka. Jak się z tego wykręcę.
- No to chodź. I tak idziemy żwawo jak dwa jełopy. Grzesiek coś mi ględzi za uszami co u niego, jakie to podróże odbył i czego nie widział, a jak przez te 300 metrów i światła na zebrach myślę jak się z tego wykręcić.
- Kurde. Muszę się wrócić do domu, zapomniałem portfela - olśnienie.
- Ej spoko, chodź. Pożyczę Ci.
- Nie, daj spokój. Słuchaj - mam do Ciebie telefon to zadzwonię i się spikniemy. Naprawdę. Sorki, ale później jeszcze na zakupy idę i w ogóle nie wiem ile mi zejdzie na tym spotkaniu. Ja pobiegnę do domu po kasę, a zadzwonię do Ciebie jutro. Ok?
                Nigdy tak szybko nie biegłem do domu. Co mi odwaliło z tą taksówką? Następnym razem powiem mu ... Wiesz co Grzesiek? Nie podam ci ręki, bo ... Cię nie lubię.


Andrzej Kulig 2012

sobota, 11 lutego 2012

Zima



Z cyklu: „Marginalia dla moich szwagrów na niejedno posiedzenie”.




                 Otwieram drzwi do łazienki i czuję lewy chłód. Mroźno - pomyślałem i rzeczywiście po obrządku obmycia ciała zerknąłem na termometr w kuchni. Czujka wskazywała -17,5 stopnia na zewnątrz, co przy gruncie dawało jakieś 21, może 22 stopnie na minusie.
Samochody na parkingu pokryły się białym pyłem, jak gdyby stały tam nieujeżdżane od wielu miesięcy. Tak w ogóle to ledwo życie widać. Zastygło za oknem niczym pocztówka.
                A jednak. Jakaś pani targa zakupy, więc jednak padół się wlecze. Handlarze nie znają mrozów. No i zakochani. Kurwa - jaki piękny obrazek. Idą tak lekko, trzymając się za ręce, połączeni niczym pępowiną, kradnąc sobie wzajemnie ciepło bijących serduszek. Uśmiechają się i bełkoczą coś, buchając jak parowozy. Jego nos jest blady - pewnie ma erekcję.
Rozlałem herbatę.
                Najlepiej by było siedzieć w domu. Zjem śniadanie, poskładam wszystko, ładnie posprzątam, jakby mnie tu nie było i wskakuję do łóżka. Ale nieeeee! Do roboty!
                Znów się musze ubrać ciepło. Założę podkoszulek, pulowerek, spodnie, potem szalik, kurtkę, czapkę, zamknę mieszkanie, powiem dzień dobry sąsiadowi i zniknę z obrazka. Póki co palę.
Mam jeszcze chwilę, to se palę. Tak wiem - nie lubisz jak robię to w domu, ale pomyśl - jak mam palić na takim mrozie. Najlepiej zawiesić palenie na zimę, przestać, schować fajki do szuflady, a gdy przyjdzie wiosna zapomnieć gdzie są i w ogóle zapomnieć że się paliło. Proste. Dziś Cię jednak nie ma i zadymiam się sam. Niech leci dym z komina.
                - Dzień dobry.
- Dzień dobry.
Mam wyjątkowo śliskie buty. Specjalnie kupione na zimę, ale ślizgają się jak narty. Drogie były, a w ogóle nie sprawdzają się na lodzie. Włoskie, wiadomo - oni takich mrozów nie mają. Dopiero po kilkudziesięciu krokach przyczepność wzrasta i można w miarę po ludzki chodzić. Plusem jest to że są ciepłe. Pewnie coś za coś. Jakbym dołożył jeszcze ze stówkę, to może przyczepność miały by lepszą. Gdybanie. Jakoś zimę przetrzymie.
Praca, praca, praca, praca, praca... Dziś sobota, więc do 14-stej.
                Jeszcze skocze po drodze do sklepu. Właściwie to wstąpię bo mam go pod samym blokiem. Kupię bułki, jakiś serek, może piwko. Tak, wezmę 2 piwa na wszelki wypadek. Przekręcam klucz w drzwiach i zrzucam odzienie niczym poczwara wyskakująca z kokonu. Jestem motylkiem wirującym na wietrze w dziewiczym locie, Gdyby nie zakupy niesione do kuchni zarysowałbym sufit. Cała przestrzeń wypełnia sie dobrą myślą, pogodnie głaszczę wpadające przez okno promienie słońca i rozmawiam z kolorami otaczającej mnie przestrzeni. (nic nie piłem) Jak miło i ciepło. Zakątki kuchni są przytulne jakby wypełnione watą. Podłoga ciepła niczym wieko pieca .... Tylko czego do cholery w łazience jest tak zimno i Ciebie nadal nie ma!

Andrzej Kulig 2012

Obserwatorzy