sobota, 29 października 2016

Surströmming - czyli kiszony śledź ze Szwecji - część 2


Surströmming - czyli kiszony śledź ze Szwecji - część 2




Mijają kolejne miesiące w Szwecji. Kolejne zwyczaje i potrawy dane mi było poznać. Część z nich na pewno kiedyś postaram się opisać i przybliżyć. Dziś jednak chciałem powrócić do tematu kiszonego śledzia. Jak mogliśmy się dowiedzieć z (tego wpisu) sam zapach tychże śledzi wywołuje skrajne reakcję. Sami Szwedzi mają podzielone zdanie co do spożywania tych rybek w tej postaci, jako przysmak. Niewątpliwie należy przyznać, iż w sezonie w marketach i różnego rodzaju targach zawsze jest dużo puszek. Skoro sklepy zaopatrują się w taki towar, to znaczy, że musi być na nie zbyt. Być może, to też charakterystyczna tradycja tejże okolicy, ale faktycznie poznałem wielu szwedów, którzy nie wyobrażają sobie końcówki lata bez kiszonego śledzia. 
Ciepłe popołudnia, gdzieś nad jeziorem, lub morzem. Spotkanie ze znajomymi i rodziną, Płonące lampiony, żarzący się grill. Butelka dobrej brandy ...

Udaje mi się coraz bliżej poznawać pewne zwyczaje. Poprzez pracę mam obecnie kontakt z rodowitymi szwedami. Rodzaj pracy pozwala mi na obserwowanie i uczestnictwo w ich prywatnym życiu. Często znajduję się w towarzystwie ludzi po 50, 60-tym roku życia, oraz z ich dziećmi i wnukami. W dodatku czas wakacyjny skłania do częstszego organizowania liczniejszych "schadzek", a to ułatwia nieznacznie obserwację tejże kultury. Rozmowy, pytania i porównywania.
Brak mi jeszcze odwagi swobodnie poruszać się z telefonem i wykonywać zdjęcia, lub nagrania, zwłaszcza, że moja umowa o pracę zawiera również wpis o prywatności i nie chciałbym naruszać tego zapisu. Zresztą szanuję prywatność każdej z osób i puki nie będzie to zupełnie jawne i nie posiadając przyzwolenia, nie będę wykradał tych chwil z życia rodzinie, w której tak ciepło mnie przyjęto. 

Opisując to wszystko chcę podkreślić jak istotne jest zrozumienie całej otoczki, atmosfery spożywania niektórych potraw. Zresztą każda potrawa może mieć zupełnie inny smak spożywana w takich, a nie innych okolicznościach. Zwykła jajecznica ze szczypiorkiem zjedzona w zimny poranek siedząc na kaflowym piecu z ukochaną osobą może być najbardziej zapamiętaną i dobrze kojarzącą się potrawą przez całe życie, a najbardziej wykwintne danie podane na promie podczas sztormu może na zawsze wywoływać w nas odruch wymiotny.

No tak - co ma jajecznica wspólnego ze śledziem? Niewiele, Ciągle zmierzam do sedna sprawy.

Sama ryba, kiszony śledź -  wyciągnięta z puszki jest obrzydliwie śmierdząca i niemiła w smaku. To fakt już sprawdzony. Da się ją zjeść i wcale nie rzygałem na kilometr, no ale daleko mi do tego, by rybka stała się moim faworytem i żeby gościła na talerzu zwyczajnych posiłków. Co innego, gdy będę kojarzył fakt jedzenia śledzika z okazją do spotkania znajomych, dobrej zabawy, miłych dni ... Generalnie, jeśli myśl o kiszonym śledzie będzie pozytywna, to i sam zapach, a raczej nazywając rzeczy po imieniu, smród - będzie mi się kojarzył pozytywnie. Przewrotne, ale właśnie tak jest. Myślę, że tak właśnie dzieje się tutaj. Dodatkowym atutem jest pewnego rodzaju duma z faktu, że to "my" jemy kiszonego śledzia. 
- To taki regionalny przysmak ... A w internecie pokazują, jak przy otwieraniu puszki ludzie uciekają z miejsca, albo zwracają to co zjedli wcześniej. No ciekawe czy przełkniesz... Ooo, już z daleka czuć, gdzie dziś impreza...., A kiedyś taki jeden francuz - co to był trenerem piłki nożnej ....
Cała masa opowieści związanych z Surströmming - niewątpliwie stawia go na miejscu - wyjątkowy przysmakiem.

No ale do tej pory mowa tu o samym podejściu wynikającym z tradycji i mentalnego nastawienia. Teraz trochę od strony kuchni.

Jak przygotować i zjeść, by nawet przeciętny Eriksson nie zwymiotował???




Otóż, okazuje się, że jedzenie śledzie to broń boże pożeranie widelcem wyciągniętych z puszki ryb.
Już sama informacja, że na spotkaniu pojawi się ta magiczna potrawa powoduje odpowiednie przygotowania. Sami goście są odpowiednio zabezpieczeni. Mi pewna pani - nazwijmy ją panią "K", powiedziała, że jeśli znajomi zapraszają na spotkanie ze śledzikiem, to niewątpliwie nie będzie to spotkanie przy wytwornie zastawionym stole. Nie ujmując tu wadze spotkań i całej klasie zachowań dojrzałych ludzi, często zamożnych i wykształconych, pani K powiedziała. - Założę ubrania ładne, ale nie te drogie. Więc nikt się nie obrazi, jeśli do jedzenia śledzia założymy już nie modną w tym sezonie bluzeczkę.
No ale po kolei. (Opiszę na przykładzie konsumpcji, w których uczestniczyłem i ew, które widziałem za różnego rodzaju dokumentacjach)
Dodam jeszcze, iż wszystkie te imprezy odbywały się w domach z ogrodami, tarasami, altanami, lub innymi przestrzeniami, które nie były do końca pomieszczeniami wewnątrz domowymi. Tzn. miały możliwość łatwego przewietrzenia, dostęp do świeżego powietrza.

Gospodarze odpowiedzialni za organizowanie uroczystości czynią odpowiednie przygotowania. Zazwyczaj całe spotkanie rozpoczyna się gdzieś na tarasie przy lampce wina, czy szklaneczce innego trunku. Szwedzi są punktualni, więc zaraz po wybiciu ustalonej godziny i zejściu się gości zostaje wzniesiony toast. Serwowane są przystawki, a większość tych powitać odbywa się na stojąco. Rozmowy, ploteczki ... miło płynie czas.
Następnie gospodarze zapraszają do głównego stołu. Nikt nie ma wątpliwości, co zaraz będzie serwowane.
Najczęściej gdzieś nieopodal stołu, chodź rzadko bezpośrednio na nim umieszczone są pootwierane puszki kiszonych śledzi. Różne rodzaje. Są filety i całe ryby. Wielkie i głębokie puszki, lub niskie i płaskie. Fakt faktem zawsze widziałem już otwarte na takich imprezach.
Zapytałem o sposób otwierania. Na tej degustacji, z której pochodzą zdjęcia puszki otwierane były za pomocą zwykłego otwieracza przykrywając puszkę ręcznikiem papierowym, by nie opryskała otwierającego. No i zdziwiłem się, że bez rękawiczek, bez wiadra z wodą, bez maski na twarzy i kombinezonu - tak jak podają to niektóre źródła.
Po prostu - ręcznik papierowy wystarcza.

Przeważnie zastawa jest jednorazowa. Czysto i wyłącznie wynika to z praktyczności. Nawet wykwintnie wyglądające sztućce wykonane z plastiku, jako widelec, czy nóż jednorazowego użytku ni w ząb nie będzie pasował do serwowania kolacji w gronie zapraszanych gości, tu jednak jest to całkowicie akceptowalne. Talerzyki papierowe, serwety, obrusy. Czasem nawet kubeczki na napoje. Wszystko po to by po konsumpcji wszystko łatwo spakować do jednego wora, a najlepiej kilku, szczelnie wiążąc - wynieść do kubła. 
W zasadzie wszystko, co może mieć kontakt ze śledziem, bywa jednorazowego użytku. Przeważnie dodatki, zagryzki, przegryzki serwowane są już w misach, pucharkach, na półmiskach i talerzykach szklanych, lub porcelanowych.

Czym zagryźć?

Na takim stole przeważnie znajdują się odpowiednio pokrojone warzywa: cebula, papryka, ogórki, pomidory, kukurydza, ziemniaki. Różne rodzaje śmietan, jogurtów, maseł. Chleby i sery żółte. Chleby zazwyczaj suche, kruche i twarde. Rodzaj takich podpłomyków, lub bardziej przypominające macę. Takie chlebki opisze przy innej okazji.

Jak jedzą Szwedzi.


Już za pierwszym razem konsumpcji - tym wśród Szwedów zostałem zapytany, czy kiedykolwiek spożywałem kiszonego śledzia i czy ew. w Polsce mamy coś tak wyjątkowego. Pochwaliłem się, iż smakowałem już śledzia, ale nie było to misterium, takie jak w tej danej chwili.
Najbliżej siedzący pan pokazał mi poszczególne czynności jakie należy wykonać. Począwszy od wyboru i kolejności nakładania na talerz poszczególnych dodatków zaczęliśmy komponować moją porcję.




Najpierw ułamany kawałem suchego chleba, tzw. knäckebröd, następnie masło. Można nakładać dodatki bezpośrednio na chlebek, lub mieszać na talerzu. Ja wybrałem tę drugą wersję, co wydało mi się łatwiejsze do ew dobierania - zwiększania, lub zmniejszania ilości odpowiednich komponentów nabierając je na widelec i przegryzając chlebem z masłem.
Na talerz położyłem kawałek wyfiletowanego śledzia. Pokroiłem go na małe kawałeczki, usuwając skórę. Następnie nałożyłem cebulkę, pomidory, dwa rodzaje ziemniaków i śmietanę. Nie użyliśmy żadnych przypraw typu sól, pieprz. 
Mieszając małe porcje tych składników ładunek trafiał do ust. Oczy wszystkich uczestników ukradkiem skierowały się w moją stronę. Poszło!!! Uśmiech na twarzach wszystkich gości i aprobata poczynionego postępu. Wcale niezłe. Zwłaszcza, że dość często wznosi się toast wysokoprocentowym trunkiem, lub popijając piwem, sam smak śledzia ginie na tle tych wszystkich dodatków.
Atmosfera się rozluźnia i kolejne kawałki znikają, tym razem rozłożone na chlebku.
Całość konsumpcji uświetniana jest przyśpiewkami i muzyką na życzenie.





Podsumowując.

Każda potrawa, przysmak w odpowiednim kontekście staje się tym rzeczywistym. Nie da się posmakować kiszonego śledzia nie zważywszy na powyższe wskazówki. Raczej zamiast nie da się, napiszę, że nie ma to większego sensu, chyba, że jest to zwykły challenge ze znajo
Ale często kończy się to tak.

mymi.
W innym przypadku, będzie to tylko próba smaku. Pokuszę się zaryzykować porównanie z polskim karpiem. Często gości on na polskich stołach podczas wigilii i chętnie znika z talerza, natomiast gdyby zapytać przeciętnego Polaka, czy jada karpia w normalny dzień w tygodniu? Czy serwuje karpia na obiad po pracy? Raczej nie. Smak ten kojarzy się raczej z wyjątkową atmosferą Świąt Bożego Narodzenia. Podobnie jest z kiszonym śledziem. Bez odpowiedniej oprawy smak i zapach pozostaje tylko intensywny, a wspomnienie po jego spróbowaniu prosto z puszki raczej niemiłe.
Jeśli ktoś naprawdę chciałby skosztować kiszonego śledzia, najlepiej wbić na jakiegoś grilla do Szwecji, lub przynajmniej zastosować podane wyżej wskazówki.

Powodzenia!!!

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Przebywanie

Blisko 2000 kilometrów do pokonania. Podroż samochodem, pociągiem regionalnym, kolejnym po przesiadce, samolot, kolejny lot po przesiadce no i kolejny samochód. Najbardziej irytujące jest oczekiwanie. Mimo poprawnego rozkładu i braku nieprzewidywalnych sytuacji podróż dłuży się niczym posiedzenie z zatwierdzeniem. Obserwacja okoliczności i słuchanie ludzi. Ta jedyna opcja wydaje się dostępna od zaraz. Już.

Głos Pani z głośników informuje dokąd zmierza pojazd i życzy miłej podróży. Przesuwam palcem po mapie i wciąż bliżej i bliżej celu.

Rozmyślania na temat tego co mógłbym zrobić w tym czasie są zbędne. Każdy z nas - pasażerów mógłby przecież robić coś innego zamiast siedzieć i patrzeć przez okno.
Co po niektórzy zaoferowani są rozmową. Większość zapatrzona w swoje smart-fony, tablety lub laptopy. Zapewne opisują tę samą sytuację co ja. ,,Dziwny gość w czarnej bluzie z kapturem na głowie nieustannie stuka kciukiem w ekran".

Czy coś ciekawego się dziś zdarzy? Czy podczas któryś z tych środków lokomocji będę świadkiem niecodziennej sytuacji? Czy ta miła pani z lokami opadającymi na ramiona mogłaby ściągnąć okulary przeciwsłoneczne i popatrzeć się głęboko w moje oczy?

Oczy jej błyszczą. Milczy i patrzy. Dziś jest ptakiem. Prawdziwym ptakiem, który szybuje ponad wszystko i wszystkimi. Oczy tego ptaka są wolne. Szkliste i pełne powietrza. Lustrzane i dokładnie takie jak moje.

Dziś docieram do Ciebie.


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Więcej ciepła - moc odrodzenia



Dziś nastała moc odrodzenia. Moc rodzenia, obrastanie, wzrastanie ...., moc ziemi.

Wybrałem inną niż ostatnio drogę. Ta droga prowadzi przez wiosnę. Promienie słońca wskazują kierunek, poligon kwiatów, traw i bylin.

Nie będę zrywał kwiatów dla Ciebie. Po prostu Cię tu przyprowadzę.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dla upamiętnienia potężnej siły, z jaką sztobry wikliny amerykanki radzą sobie w mych najbliższych i dość trudnych warunkach.

Dzięki Ci.




Oby ta ziemia przyjazną Ci była.

niedziela, 5 czerwca 2016

Urodziny


Nie tak dawno skończyłem 34 lata. Tak dokładnie tyle. (teraz jest chwila na przypomnienie i porównanie - mniej, czy więcej, może będzie łatwiej). Z tej okazji, a raczej z okazji, że mam Facebooka, a raczej on ma mnie - albo odwrotnie, a raczej z okazji, że miałem urodziny, których cyfra oznaczająca datę, czyli dzień, miesiąc i rok - wskazując ile ktoś dokładnie ma lat - są przypięte do mojego profilu i znajomi mogą wyświetlić opcję przypominającą o zbliżających się dniach, w których urodziły się poszczególne osoby, w tym ja, to ...

- zasapałem się, próbując przeczytać to ostatnie zdanie.

Otóż, na owym niebieskim portalu społecznościowym umieściłem wywód dziękczynny za otrzymane życzenia od przeróżnych znajomych. Bliższych, dalszych. Tych, których pamiętam dobrze i z chęcią napiłbym się z nimi wódeczki i tych, których ledwo kojarzę z przeszłości, z czasów, gdzie dodawanie  osób do grona znajomych było niczym konkurencja sportowa, albo logiczna łamigłówka. A że anie w jednym, ani w drugim za życia się nie taplałem - mam ich ile mam. Tych znajomych - się znaczy.

Ale nie o tym, nie o tym.

Mój wpis, a raczej następstwa w postaci reakcji osób, które go przeczytały, spowodowały, że piszę te oto słowa dziś. I było by to po prostu czcze pisanie, gdyby nie rzecz, która się stała, zanim ta się stała.
Pewna osoba, zwróciła moją uwagę słowami, że miło się mnie czyta i że piszę dobrze... Najpierw zrobiło mi się miło, potem zaś pomyślałem - Dziewczyno!!! chyba nie czytałaś dobrych tekstów.

Ok, ok - poniosło mnie.
Przysuwam się do klawiatury i monitora siedząc w pozycji wpółleżącej na fotelu wyposażonym w kółka, wykonując ten dziwny ruch, że najpierw głowa, tak jakby jakiś ptak nabierał pił wodę, a potem spinając mięśnie (ukryte) brzucha ciągną zad.
Jestem bliżej. Na uszach mam słuchawki, chodź nie wiem po co, gdyż nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Zostały tam i wiszą. A właściwie... to może właśnie po to, by posłuchać ciszy?

Pytania. Ciągle te pytania. Skąd się wziąłem, ilu jest ludzi. Dlaczego pasek się urwał, samolot startuje. Rozmyślań cała głowa - że deszcz pada w różnych kierunkach, że krowa daje mleko, ale cielak nie pije go do końca życia, czy ja też, mając zęby stałe nie powinienem pić mleka. Czy lubiłbym pracę operatora koparki? Dlaczego mówimy w różnych językach? Ile jest miłych, a ile nie miłych pań w dziekanacie?

Zatem!!!
Starzeję się i dzieją się rzeczy niebywałe na tym świecie.


Kuń jaki jest - każdy widzi. Fragment obrazka z wystawy w Hälsinglands Muzeum w Hudiksvall.
Autor - Hans Viksten
Sorry nie zapisałem autora.

wtorek, 8 marca 2016

Anna Odell


Długo nic nie pisałem z różnych powodów. Dziś jednak postanowiłem podzielić się pewnym spostrzeżeniem na temat tego z czym miałem okazję się spotkać.
Otóż - wybrałem się dziś do Hälsinglands Museum w Hudiksvall.
Odwiedziłem tam prezentowaną wystawę ”Okänd, kvinna 2009-349701″. (nieznana kobieta)
Zobaczyłem plakat promujący tę wystawę i od razu pojawiła się w głowie pierwsza myśl - "To coś wyjątkowego". Zaraz po tym, druga - "Skądś znam tę dziewczynę".



http://halsinglandsmuseum.se/besok-museet-2/utstallningar/anna-odell/


Nie myliłem się w obydwu tych myślach.

Zaparkowałem swój rower przed budynkiem muzeum podpierając go o śnieżną hałdę ubitego śniegu, gdyż zgubiłem gdzieś po drodze stopkę. Dokręcana część służąca do regulowania długości stopki obluzowała się i odpadła gdzieś w śniegu w dniu wczorajszym. Nowa znajdowała się w plecaku.
Ale nie o tym.

Wystawa ciekawie zaaranżowana - zresztą jak wszystkie, które do tej pory widziałem w tymże muzeum. Na wejściu spotykamy białą bryłę z okienkami i wstawionymi w nie ekrany na których wyświetlane są filmy, dźwięk wydobywa się ze słuchawek, znajdujących się przy każdym monitorze. 
Poprzez dźwięki i obraz wgłębiamy się w projekt artystki. Zresztą, ten stosowany i dość popularny zabieg z wykorzystaniem słuchawek dodaje nam pewnej komfortowej izolacji i intymności. Zostajemy wchłonięci w historię i zamysł, który od pierwszych minut napawa zaciekawieniem i niejasnością motywu. Na ścianie obok znajdują się przyklejone wycinki z prasy, opisujące ten wręcz kontrowersyjny projekt. Na dużej planszy jest opis i zarys przebiegu. 






Wciągamy się dalej.  W pierwszej sali wyświetlany jest film. Jeśli już usiedliśmy, by oglądnąć go do końca, to znaczy, że w pełni weszliśmy w zamysł artystki.

Głębiej i głębiej zmierzamy do epilogu. Refleksje pojawiają się natychmiastowo, wraz z rozwojem akcji na filmie i narracji w kolejnych częściach wystawy. Teksty, zapisy dźwiękowe, dokumenty,  wywiady, raporty, komentarze i pytania. Cała masa pytań o nas, o mnie, o psychikę, morale i o pomoc, a raczej jej brak.

Jesteśmy sami i otacza nas piękny, a zarazem przerażający świat.

Przez dłuższy czas pochłonięty nagraniami z pierwszej części wystawy próbowałem szukać w głowie skojarzenia z tą dziewczyną. W końcu znalazłem. Film "Återträffen" (Zjazd absolwentów) z 2013 roku.
http://www.filmweb.pl/film/Zjazd+absolwent%C3%B3w-2013-697291

Po wyjściu z wystawy zbudowałem w głowie pewien most łączący te dwa dzieła. Wystawa podsumowująca projekt i film. Film jak pamiętam zrobił na mnie duże wrażenie, ale teraz znalazłem do niego kolejny klucz otwierający dodatkowy schowek. 

Oba te dzieła wywołały w Szwecji dyskusje. Pierwszy o traktowaniu chorych psychicznie, łamaniu praw i mijających się z rzeczywistością procedurach uważanych za słuszne w świecie psychiatrii i służb dbających o bezpieczeństwo. Drugi o przemocy rówieśniczej i  nękaniu słabszych, hierarchii w szkole i znanej w Polsce tak zwanej "fali". 



Taki oto wtorek.






środa, 13 stycznia 2016

SCHWALBE - opony zimowe z kolcami do roweru


SCHWALBE - opony zimowe z kolcami do roweru 

Nigdy w Polsce nie myślałem o zmianie opon z sezonu letniego na zimowy do mojego roweru, zwłaszcza, że raczej mało używałem go w zimie. Jeśli spadł śnieg, rower stał w piwnicy i czekał na lepsze warunki do jazdy.
Gdy emigrowaliśmy do Szwecji w lutym 2015 roku zastała nas sroga zima. I nawet nie było tak zimno, lecz warstwa śniegu była dość pokaźna.

Zima, luty 2015

Droga dojazdowa do naszego osiedla, którą codziennie przemierzam swoim rowerem.



Drogi były na bieżąco odśnieżane i warunki do jazdy były dobre, jednak próby podróżowania rowerem skończyły się po pierwszym razie. Moje opony ślizgały się na ubitym śniegu, nie mówiąc już o najechaniu na oblodzony fragment drogi.

W tym roku lepiej przygotowałem się do "śnieżnego" sezonu. Zrobiłem internetowe rozpoznanie na rynku opon zimowych i w rankingu zdecydowałem się na zakup opon WINTER TS Winter RG Active Line firmy SCHWALBE (notabene szwedzkiej).
http://www.schwalbe.com/en/spike-reader/winter.html


28x1,6 cala (42-622, 700x40C), drutowana, wkładka KevlarGuard, pasek Reflex i 120 Kolców wykonanych z węglika wolframu, osadzonych w płaszczu ze stali ocynkowanej.
Jest to model z mniejszą ilością kolców nić wersja MARATON, ale można w razie potrzeby dokupić kolce i za pomocą specjalnego aplikatora umieścić je w wolnych otworach. W ten sposób z wersji Winter robimy MARATON WINTER :). Reszta specyfikacji pozostaje ta sama.

WOW.

Cenowo - hym. W grudniu jeszcze śniegu nie było, wiec postanowiłem zakupić opony w Polsce po dużo niższej cenie niż w Szwecji i przewieź je w walizce wracając z przerwy świątecznej. Tak więc zrobiłem sobie taki mały prezent pod choinkę.
Wracając zastaliśmy śnieg - dużo śniegu. Następnego dnia po zmianie opon i kilku czynnościach konserwacyjnych ruszyłem na jazdę próbną.




Mój rower w całej okazałości. Spisuje się maszyna :)


Rewelacja.

Muszę przyznać, że sam zaskoczyłem się przyczepnością opony do śniegu i lodu. Skręcanie, przyspieszanie i hamowanie nie różniło się znacząco od wykonywania tych czynności na starych oponach w warunkach bez-śniegowych.
Na suchym śniegu opona traci trochę przyczepności i rower zachowuje się tak jak z moimi "normalnymi" oponami na piasku. Podejrzewam, że równie niestabilnie będzie się jechać po błocie pośniegowym. W takich warunkach należy zachować szczególną ostrożność. Nomen omen i tak w zimowej aurze jeździć będę raczej ostrożnie.

W wersji MARATON większa ilość kolców umieszczonych po zewnętrznej krawędzi opony umożliwiać będzie lepsza przyczepność na nierównościach nawierzchni takich jak bruzdy, koleiny śnieżne i lodowe i skrętach. Nie pomogą jednak w znacznym stopniu na grząskim podłożu.

Tak czy siak po przejechaniu ok 10 kilometrów po różnej nawierzchni przyznaję producentowi nagrodę w postaci uśmiechu zadowolonego klienta. Na suchej i twardej nawierzchni opona wydaje charakterystyczny "tyrkający" dźwięk, gdy kolce uderzają o np asfalt. Zauważyłem, że pod naciskiem ciężaru kolce wgniatają się w gumę, co powoduje ich mniejsze zużycie. Jest to proces zgodny z opisem producenta.

Ciekaw jestem wytrzymałości opony i kolców. Wkładka kevlarowa ma zapobiegać przebiciom. Mam nadzieję - gdyż tutejsze drogi posypywane są gresem o niebywałych ostrych kształtach, czego mogłem doświadczyć łatając dętkę 5 razy w przeciągu 8 miesięcy. (I tu też poszedłem po rozum do głowy kupując wraz z zimowymi oponami wkładki antyprzebiciowe do moich letnich). 

Węglik wolframu - brzmi jak jakaś kosmiczna technologia. Materiał z którego wykonane sa kolce ma ponoć niesamowitą wytrzymałość. Przekonamy się używając roweru 2-3 miesiące.

Koszt opon zwraca mi się po niecałym miesiącu, gdyż bilet miesięczny na autobus miejski przeliczając na złotówki to ok 250 zł. Jadąc rowerem jestem niezależny. Jade dokąd chcę, kiedy i którędy chcę.

Jak na razie same plusy. 
Śmiało mogę polecić te opony, nawet tym, którzy nie zmagają się z taką ilością śniegu. Producent i dystrybutorzy zapewniają, że używając opony w warunkach zimowych nawet przy suchej nawierzchnie opona zachowuje swoje właściwości, a wytrzymałość materiału nie ulega zmianom. Pozostaje tylko ten charakterystyczny dźwięk, który jak na razie jest dla mnie całkiem przyjemny.


Ps. Nie jeździjcie po domu jeśli macie drewniane, lub gumowe podłogi :)



===========================================================

Wpis - dopis 10.05.2016

Jakiś miesiąc temu zakończyłem sezon zimowy na jazdę rowerem. Zmieniłem opony na uniwersalne wkładając przy okazji zakupione i opisywane wyżej wkładki antyprzebiciowe.
Podsumowując muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony z opon zimowych, które po kilku miesiącach prawie codziennej jazdy po kilka kilometrów wyglądają jak nowe. Kolce, ćwieki nie zużyły się wcale - przynajmniej ja nie zauważam żadnej różnicy.

Podkreślając chciałbym napisać, iż najbardziej sprawdziły się w jeździe po lodzie, ubitym śniegu, lub na niewielkiej, kilkucentymetrowej warstwie świeżego. Zupełnie nie radzą sobie z błotem pośniegowym. Mam na myśli takie błoto, a w zasadzie mokry śnieg, który, tu w Szwecji przy odwilży stanowił dla mnie dość spory problem. Zwłaszcza, że na bocznych drogach służby porządkowe nie kwapiły się ze zgarnianiem tej breji. Gdy dodamy jeszcze muldy i koleiny z lodu, które ukrywają się pod błotkiem natychmiastowo tracimy kontrolę nad rowerem.

Jeśli teraz miałbym wybrać, to dorzuciłbym kilkadziesiąt złotych do zakupu i zamówiłbym ten model z dodatkowymi kolcami umieszczonymi w kolejnych rzędach od tych, które są w modelu WINTER TS Winter RG Active Line. Mowa tu o modelu MARATON WINTER, który być może lepiej sprawdził by się w wyżej wymienionych warunkach.

Mimo wszystko jestem wręcz zachwycony wynalazkiem opon zimowych z kolcami do roweru. 

Obserwatorzy