Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisadła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisadła. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

Widzisz?


Z cyklu: „Marginalia dla moich szwagrów na niejedno posiedzenie”.


- Widzisz? Czułam, że tak będzie. Nie dość, że zasrała całe łóżko, zarzygała dywan i poplamiła ściany - nawet nie chcę wiedzieć czym. Rano wstała, umyła się, zrobiła sobie śniadanie i jak gdyby nic, poszła w chuj. Teraz ty debilu będziesz to sprzątał. Ja wychodzę, bo szlak mnie tu trafi.
                No faktycznie dała czadu. Gdyby miała komórkę, zadzwonił bym do francy. Najpierw kazałbym ogarnąć ten gnój, a potem wywaliłbym jej w zęby tak że okręciłaby się 2 razy w powietrzu i poleciała za drzwi. Uważałbym jednak na tryskającą krew, gdyż wtedy niechętnie wróciłaby pościerać.
Od czego zacząć? Najprawdopodobniej podpale całe mieszkanie. Zanim przyjedzie straż pożarna bród się spali, a całość wymyje sikawka strażaka. Wystarczy powycierać resztki wody i mieszkanie jak nowe. Nie, bo straż może się spóźnić i niepotrzebnie spali się wszystko. Może zamrożę fekalia i wtedy z łatwością je wykruszę a resztki wyskrobię i wsysnę w odkurzacz. Użyję wszelkich dostępnych środków czyszczących, łącznie z białym łosiem i super chłonną szmatę. Przeczytam wszelkie dostępne porady gosposi na pozbywanie się plam domowymi sposobami. Walczył będę octem, kwaskiem cytrynowym, sodą oczyszczoną, solą. Wcierał, głaskał, szorował. Drapał, gładził, szpachlował. W pianie pluskał, dywan rolował. Wietrzył, trzepał, odymiał. Wymazywał. Proszkiem zacierał, mleczkiem nawilżał. Skalpelem drzazgi wyjmował. Pazurami drapał, ślinił i pocierał. Komory budował, zagazowywał. Dmuchał, chuchał, strzepywał. Specjalistów udawał się do, perswazję stosował. Groził i karał. Zmagał i targał. Odrdzewiał, odkamieniał, izolował. Posuwał, przesuwał, ustawiał, aż będzie ustawione. W czasie wyznaczał etapy, pracował pilnie dziwiąc się postępom. Rozważał wszelkie opcję. Rozchodził przychody, oszczędnie skalował myśli. Dochodził, odchodził.
Kiedy już lśnić będzie skaza, ślad, retusz, rekonstrukcja poprzedniego stanu... Nigdy zaś nie będzie tym co było.


Najlepiej nie zapraszać dziewczyn do domu. Ciężko po nich posprzątać zdradę.




                                                                                                                       Tekst z 2012 roku.






środa, 4 marca 2015

Ciekawość


            Gdy wchodziłem po schodach, oczom moim ukazał się wąski, wysoki korytarz. Białe ściany wprowadziły mnie do większej sali. Potem jeszcze jedna i jeszcze. Znalazłem
się w jelicie pomieszczeń.

W delikatnym brzęku świetlówek, imitujących światło dzienne, wszedłem do ogromnej sali. Poczułem zapach farb. Przez monumentalne okna, rozsiane na jednej ze ścian wdzierała
się migająca sylweta miasta. Nagle usłyszałem dźwięk skrzypiącej odłogi. Stare klepki zdawały się tańczyć pod stopami przechodzącej obok mnie kobiety. Zniknęła.
Rozglądnąłem się. W sali, prócz iskrzącej bieli ścian nie było nic. Dopiero po chwili,
na drugim końcu pomieszczenia ujrzałem jakiś przedmiot, jedyny w tej przestrzeni. Podszedłem bliżej.
            Był to rekwizyt opakowany bardzo starannie w jasnobrązowy papier. Całość przewiązana była sizalowym sznurem w taki sposób, w jaki pani na poczcie w Sanoku pakuje paczki do wysyłki. W prawym, górnym rogu znajdowała się niewielka, żółta wlepka z napisem w obcym języku. Na środku, granatowym markerem, drukowanymi literami ktoś napisał – OSTROŻNIE! Na jednej z krawędzi była niewielka dziurka, przez którą wyłaniał
się ozdobny kształt drewnianej listwy.
Wszelkie poszlaki, jakie mogłem odczytać w danej chwili wskazywały na to, że pod skorupą papieru znajduje się jakiś obraz. Niezidentyfikowany twór plastyczny, który samotnie czeka na chwilę chwały, gwałtu, a może obrzezania subtelnym ostrzem noża.
            Do rany włożyłem palec i wsunąłem go najgłębiej jak było to możliwe. Linie papilarne czytały miękkość płótna i  fakturą farb. Ciekawość napływała spazmami.
Nie, nie mogę tego zrobić – myśli wiły się po głowie.
Przesuwając dłoń po czole tworu słyszałem tylko szelest papieru. Cofnąłem się i usiadłem
na podłodze.
Deski znów zaskrzypiały. Zobaczyłem mężczyznę w dziwnej czapce.
Zapytał – Czy mogę w czymś pomóc? Szuka pan kogoś?
- Nie. Zastanawiam się tylko …
- Proszę za mną. Tu nie wolno przebywać. Zapraszam w czwartek. O godzinie 18.00 odbędzie się wernisaż  wystawy. Widzi pan, że na razie nic jeszcze nie jest przygotowane.

            Mężczyzna wyprowadził mnie z Sali drzwiami, którymi wszedłem. Zeszliśmy
na parter i tam mnie zostawił.

Co jest w pakunku? ...
Wyszedłem.

Nigdy już nie miałem okazji tam wrócić.
Po kilku latach czytając powieść „Mały Książę” zwróciłem uwagę na fragment w którym mężczyzna w pilotce usiłował narysować Małemu Księciu baranka. Za każdym razem nie był to ten baranek, którego spodziewał się Książę. Ostatni rysunek przedstawiał skrzynkę.
- Gdzie mój baranek? – spytał Mały Książę.
- w środku.





2007.01

niedziela, 4 stycznia 2015

W zasadzie to tak właśnie jest ...

     
     
Masz coś do załatwienia.
       Nie ma cię. Jesteś nieobecny fizycznie, nie możesz pójść i swoją osobą kogoś zaszczycić, lub wkurwić. Nie możesz popatrzeć realnie i uświadomić sobie w danej chwili, że jesteś i że czujesz dotyk danej sytuacji.


W zasadzie to tak właśnie jest, że 3 miesiące poza granicą postrzegamy z przynajmniej dwóch równych perspektyw. Poza miastem z którym czujesz pewną więź. Masz rodzinę, sprawy, a przede wszystkim przyjaciół i sobie wyjeżdżasz. Nie ważne z jakich powódek.
3 miesiące? Hym. To tak jakbyś w towarzystwie po prostu nie miał czasu, albo chorował, znajomi nie organizowali żadnych spotkań, lub po prostu nie było okazji do spotkań.

       Nie. Z tek krótkiej perspektywy emigranta wygląda to trochę inaczej.
Na dobrą sprawę, faktycznie z niektórymi znajomymi, przyjaciółmi i rodziną i tak bym się nie widział przez te 3 miesiące będąc na miejscu. Jednak nie ma to znaczenia w momencie, gdy jesteś tu na miejscu.
      Jeśli dzieli cię tysiąc, dwa lub klika tysięcy kilometrów, nagle okazuję się, że chcesz się spotkać z kimś, z kim tak naprawdę spotykałeś się zupełnie spontanicznie przy okazji jakiś wydarzeń nie planowanych, nieorganizowanych przez Ciebie. Lub też nie spotykałeś się z kimś przez kolejne miesiące, nawet lata, ale masz poczucie, że ten ktoś mieszka w mieście obok, na innym osiedlu, lub nawet w domu obok. Sama świadomość tego daje pewnego rodzaju stan ducha.

     Być może to uczucie pojawia się tylko i wyłącznie w momencie utraty możliwości. Możliwości, która jest pewnego rodzaju przeszkodą.
Mogę, ale mi się nie chce. Nie myślę o tym, nie jest mi to potrzebne. Po co mam się spotykać z "nim, nią" skoro mogę sobie pobyć sam w swoim świecie. Jestem zmęczony, jutro idę rano do pracy, mam małe dzieci ...

     Dlaczego doceniamy coś w momencie kiedy "to coś" jest trudniejsze w realizacji. Kiedy trzeba kupić bilet, zaplanować podróż,


      Dziękuję za relację. Za to, że spotkanie może być tak po prostu i trwać przez ważną, świadomą, nie koniecznie dłuższą chwilę.

     Rozmowa nie kończy się na określeniu zaistniałej sytuacji atmosferycznej - pierdoleniu o pogodzie, czy stwierdzeniu, że robi się zakupy witając się w Tesco.



wtorek, 26 czerwca 2012

Koniec ŚWIATA - wstęp do warsztatów M4 2012

Koniec ŚWIATA

     No tak. Przypadek gościa mojego sąsiada jest nadzwyczaj śmierdzący. Nie wiem czy się wprasza, czy jest zapraszany. Po raz drugi w tym tygodniu natknąłem się na niego przed moimi drzwiami. Tym razem kątem oka zauważyłem, że zatrzymał się, zakiwał na lewo i wydobył z siebie dźwięk pracy mózgu. Przekręciłem klucz w drzwiach i wrzuciłem w kieszeń - myślenie trwało. Zdawało się, że przeżywał de jawu poprzedniego razu. O nie! Jego reakcja była bardziej wyrafinowana. Z jego ruchu ciała wyczytałem znak ustępu. Postanowił grzecznościowo mnie przepuścić.
Niestety jego zapach już zszedł piętro niżej i skumulował się zaraz przy wyjściu z klatki niczym lepka maź. Jeszcze kilkanaście kroków otulał mnie jego szarmancki gest.

     Tu właśnie przypomniała mi się pewna refleksja związana z moją babcią. Zdarzało się mojemu wujkowi lata temu wracać z pracy lekko podchmielonym, podżytnionym, podjęczmienionym ... - z tego co kojarzę (a przynajmniej kilkakrotnie to słyszałem), na przywitanie tejże niedoli-wołała .... KONIEC ŚWIATA.
Tu zadaję sobie pytanie jak, właściwie wygląda taki KONIEC? Wszak moja babcia nadzwyczaj często nadużywała tych słów, zwłaszcza iż posiadała sześcioro dzieciów i każde z nich w różnych stanach marnotrawnie powracało do domu. Tu więc myślę, że sam powrót do domu może być pewnego rodzaju KOŃCEM ŚWIATA - pytanie tylko dla kogo. Wtem zawitał w myślach moich pewien pan, który podczas rozmowy na dworcu w Brzozowie zdradził mi swoje miejsce zamieszkania, twierdząc, że mieszka na końcu świata. W prawdzie dodał opisowo, że to tam, gdzie wrony zawracają i psy dupami szczekają, ale i tak bym do niego nie trafił. Pamiętam jeszcze z lekcji geografii i z telewizji, że Ziemia jest okrągła i jak każda kula raczej nie ma końca ani tej drugiej strony. Zbliżając się do sedna rozprawki wnioskuję, że nie chodzi tu raczej o miejsce, ale o coś pozaprzestrzennego. To, że rozpoczynamy życie w jakimś punkcie istnienia wszechświata wcale nie świadczy o tym, że zaczyna się z nami, ani nie skończy się, gdy ciało nasze zemrze. Moje niejednokrotnie egocentryczne myślenie, sugeruje nie raz umiejscowienie mojego pępka jako epicentrum wszelkich wydarzeń, ale po wyciągnięciu z niego farfocli  ucieka ze mnie ta bestwialska kieracizna. Albo odwrotnie. ...  żona czasem sugeruje, że moim światem rządzi, a raczej żołądzi to coś poniżej pępka.

     Koniec ŚWIATA już był. Skończył się pewnego dnia i w zasadzie nikt tego nie zauważył. Obecnie egzystujemy sobie w tym czyś co sobie wokół siebie stwarzamy. Tu należy pozazdrościć ludziom o niepohamowanej wyobraźni, którzy jako dodatkowy bonus korzystania ze swojego bytu uruchamiają nieograniczoną myśl. Myśl ta przenika wszelkie wszelakości, bo jak nazwać coś czego nie mogę sobie wyobrazić, dopuszczając do swoich myśli dopuszczenie tych myśli.
Żyję więc sobie w tych czasach, dopuszczając się różnych czynów systemowych i niesystemowych, podporządkowując się pewnym regułom i zasadom panujących najjaśniejszych panów. którzy i tak są łepkiem szpilki. Zalewa nas woda, spala nas słońce, gromy z nieba sieją spustoszenie, oddech ziemi zmiata z powierzchni całe dobytki i gminy. Budujemy na nowo domek z kart czekając na kolejny drżący pierd. Pierd przeszywający lica wszelakiego stworzenia. Odkurzaczowy wir, wysysający wszystkie kwiaty z ogródka sąsiadki, pozostawiając jedynie małą lilijkę.

    Jeśli przyjdzie taki czas, że uda mi się przetrwać miszmasz ataków przyrody, który uchroni również resztę ludziów, pozbywając ich jednak wszelakich urządzeń, trwałych środków, budowli, wszystkiego tego co kupili, zgromadzili, czym się otaczali, co przytulali - wstanę, otrzepię się i z tego całego wysypiska, całej kupy, zlepku, z tej wielkiej sterty będę pojedynczo wyciągał owe niezidentyfikowane struktury, formy przestrzenne i wskrzeszał z nich będę  formy przestrzenne na własny użytek, użytek innych, dla wygody i dla frajdy. W tej kupie będzie wszystko co będę potrzebował i każdą zachciankę będę mógł spełniać. Normalnie eko dizajn bede robił.

A potem, zamknąwszy drzwi na klucz udam się odwiedzić babcię.


                                                                                                                 Andrzej Kulig
                                                                                                                 www.m4.mielec.pl

   

niedziela, 24 czerwca 2012

Wystawa fotografii „FOTOPROJEKT 2012”



            Każdy z nas  staje się członkiem gminy. Otaczają nas różne przestrzenie, obcujemy w nich z różnymi ludźmi, utożsamiamy się z nimi, lub wręcz przeciwnie - szukamy innego miejsca, które zapewni nam poczucie bezpieczeństwa i da możliwość funkcjonowania i rozwijania swoich zainteresowań. W naszym przypadku, przypadku uczestników „FOTOPROJEKT-u 2012 ”, to właśnie Gmina Wiejska Mielec stała się poligonem realizacji wyznaczonego  zadania. Ludzi z różnego przedziału wiekowego, o różnych zainteresowaniach, charakterach połączyła chęć rozwijania umiejętności fotografowania, miejsce i czas.                                          .
            Jak się okazało, podczas tych kilkudziesięciu godzin pracy w plenerze dotarliśmy do miejsc, które ogólnie kojarzymy, wiemy że są, bywaliśmy tam już,
lub nawet mieszkamy w pobliżu. Przestrzeń ta nabiera jednak innego kształtu, patrząc na nią przez wizjer aparatu fotograficznego. Kilka miejsc odwiedziliśmy po raz pierwszy w swoim życiu. Spacer w celu wykonania zdjęcia stał się pewnego rodzaju połączeniem przyjemnego z pożytecznym. Nie raz wymagał wysiłku, czy też powrotów w celu sfotografowania obiektu o innej porze dnia, przy lepszych warunkach oświetleniowych.
            Plenery, obiekty roślinne, architektura - stały się elementami składowymi kadru, puzzlami kompozycji, barwnymi plamami z których układaliśmy spójny koncept docelowej wystawy. Chcieliśmy skupić się na kilku wybranych przez nas tematach, które zdefiniowałyby w sposób uniwersalny Gminę Mielec. Zgodnie z założeniem chcieliśmy ująć kilka miejsc charakterystycznych dla naszego regionu, sfotografować je w sposób ciekawy, interesujący, czy nawet zaskakujący.  Chcemy za pomocą fotogramów przybliżyć
aktualny stan tych terenów ludziom z okolic Mielca, jak również całej Polski i Świata. Zgodnie ze słowami wiersza "Wieś" Stanisława Jachowicza "Cudze chwalicie, swego nie znacie, Sami nie wiecie, co posiadacie" zapraszamy do oglądnięcia miejsc przybliżonych  na fotografiach, a potem osobiście już w poszczególnych miejscowościach "na żywo".                               .
            To co udało się zrobić, to efekt rekonesansu terenów: Chorzelowa, Woli Chorzelowskiej, Chrząstowa, Szydłowca i Trześni. Uczestnikami projektu byli: Andrzej  Kościelny, Bartłomiej Bryś, Joanna Piątek, Jolanta Gawryś, Leszek Zaskalski, Ryszard Kotra, Wioletta Jeż  i Witold Miodunka. W przyszłości "FOTOPROJEKT" będzie miał na celu działania na terenach: Złotnik, Rzędzianowic, Woli Mieleckiej, Podleszan, Książnic, Bożej Woli, Goleszowa i Rydzowa.

                                                                                                                                             Andrzej Kulig


* „FOTOPROJEKT 2012 ” to bezpłatne warsztaty fotograficzne dla młodzieży i dorosłych z terenu wiejskiej Gminy Mielec. Organizatorem warsztatów jest Samorządowy Ośrodek Kultury i Sportu Gminy Mielec z siedzibą w Chorzelowie.










wtorek, 14 lutego 2012

Grzesiek Przypadek

Z cyklu: „Marginalia dla moich szwagrów na niejedno posiedzenie”.


                Spotkałem się z Grześkiem przypadkiem, bo tylko tak się z nim spotykam. Są to wizje niezaplanowane i co zazwyczaj bardzo nie w porę dla mnie i nie ukrywam - niechętne. Grzesiek wyciągną swoją łapę na przywitanie, a ja odruchowo (bo to przecież wypada) - wyciągłem swoją. Załapał i tarmosił ją chwilę, a ja nie myślałem o niczym innym, tylko o dezynfekcji jej jakimiś silnymi środkami odkażającymi, np. takimi, jakich używa się w gabinetach stomatologicznych do przemywania końcówek i narzędzi. Fuj. Ale ze mnie wstręciuch.
                W sumie to nie mam nic do Grześka, ale jakoś zawsze dotykając jego dłoni mam wrażenie obcowania z jakąś galaretowatą, lepką masą, która okrywa trochę twardsze elementy człowieczego rusztowania. A to z czym ta macka miała kontakt przed momentem, nie mówiąc już o skraplaniu myśli na temat wielofunkcyjności owego członka, ma w moim przypadku daleko idące domniemania, które nawet w jednym procencie prawdy porażają mnie jakimiś prądopodobnymi falami. Do tej pory nie wiem dlaczego to działa właśnie z jego osobą. Zachodzi tu dziwne zjawisko sprzężenia naturalnych zachowań ludzkich z niewyobrażalnie ohydną imaginacją tych czynności.
Niechybnie w myślach symuluję podcieranie dupska przez tą łapę i ześlizgnięcie się jej z toru. Omsknięcie ręki w takich czynnościach i tarcie bez oddzielenia wierzchnich warstw części ciała papierem w przypadku Grześka jest wypisane na jego twarzy. Świadczą o tym wypryski na twarzy, jego ciągle przetłuszczające się włosy popękane wargi, zniszczone zęby ... . Nie rozumiem - powiedziała do mnie kiedyś Ewa, ale ja nie wtajemniczając jej w sedno sprawy, nigdy nie wyjawiłem jej sekretu nakrycia Grześka przy czynności wydobywania brudu spod paznokci grzebykiem, przetrzymywanym w gotowości w tylnej kieszeni znoszonych jeansów. Tłuste łapska, które oblizawszy z resztek kurczaka wycierał w ścierę, serwetkę, spodnie, flanelową koszulę, obrus, siedzącego obok, nieświadomego ktosia, telefon, szklankę ... waląc konia przed godziną. Pchanie samochodu sąsiada, gaszenie peta na podeszwie buta, dłubanie w nosie, drapanie się po jajach, poprawianie kutasa, przekładanie jabłek w markecie, smeranie w uchu i zjadanie tego co ukopał. Drapanie łysiejącej głowy, głaskanie psa sąsiadki, naduszanie guzika od windy, podpisywanie papierów w urzędach, obieranie ziemniaków dla całej rodziny, smarowanie chorej babci maścią, szorowanie butów, mycie zacieków kabiny prysznicowej, zdrapywanie kup pająka z wizerunku Najświętszej Panienki, pompowanie koła od roweru ...
                - Chcesz fajkę - zapytał śmignąwszy kartonikiem.
- Nie, dzięki.
- Co słychać?
Cóż mogłem odpowiedzieć? Pojechałem standardowo, po polsku - w porządku, jakoś leci.
- A u Ciebie? - tak jakby mnie to interesowało.
- Wiesz, nawet dobrze, że się spotykamy, bo chciałbym z Tobą pogadać. Masz chwile? Może skoczymy na jakieś piwko.
- Wiesz co ... dziś to nie dam rady...
W sumie to szwendam się bez konkretnego celu po mieście, ale nie mam ochoty iść z nim na piwo, w ogóle robić z nim cokolwiek. Jak mu sprzedać jakiegoś wykręta. Bestia jest inteligentna. Nie powiem mu, że śpieszę się na pociąg, bo przez Mielec już nie jeżdżą pociągi. Kurde.
... Umówiłem się na spotkanie i właśnie już jestem spóźniony.
- A gdzie masz to spotkanie, to cię podprowadzę.
- W sumie to pędzę na plac na Taxi i jadę na starówkę.
- Spoko, pojadę z Tobą
                Kura Maćka. Jak się z tego wykręcę.
- No to chodź. I tak idziemy żwawo jak dwa jełopy. Grzesiek coś mi ględzi za uszami co u niego, jakie to podróże odbył i czego nie widział, a jak przez te 300 metrów i światła na zebrach myślę jak się z tego wykręcić.
- Kurde. Muszę się wrócić do domu, zapomniałem portfela - olśnienie.
- Ej spoko, chodź. Pożyczę Ci.
- Nie, daj spokój. Słuchaj - mam do Ciebie telefon to zadzwonię i się spikniemy. Naprawdę. Sorki, ale później jeszcze na zakupy idę i w ogóle nie wiem ile mi zejdzie na tym spotkaniu. Ja pobiegnę do domu po kasę, a zadzwonię do Ciebie jutro. Ok?
                Nigdy tak szybko nie biegłem do domu. Co mi odwaliło z tą taksówką? Następnym razem powiem mu ... Wiesz co Grzesiek? Nie podam ci ręki, bo ... Cię nie lubię.


Andrzej Kulig 2012

piątek, 15 lipca 2011

Dla mojej królowej




Z cyklu: „Marginalia dla moich szwagrów na niejedno posiedzenie”.

Królowa

Królowa Zofija siedziała na dziwnym fotelu. Patrzyła gdzieś przed siebie kierując  zupełnie przypadkowo swój wzrok w kierunku okna. Między palcami jej prawej dłoni znajdowała się mała, zielonoszara kuleczka, którą ulepiła przed chwilą ze wszystkiego co dało się wygrzebać z nosa.
Patrząc na nią można by powiedzieć, że królowe rozmyśla, jednak próżno szukać jej myśli w myślach.
Po prostu lubiła sobie siedzieć – ot tak – bezmyślnie.

Zimowy stan rzeczy objął już prawie wszystko, co otaczało Zofiję. Znużenie i melancholia gniotły ją coraz bardziej. Gdyby nie ogień strzelającoiskrzącoszumiący w kominku dawno by zamarzła z nudów.

- Ty niechluju! CO to ma być!? Karzę Cię wychłostać jeśli zaraz nie przejrzę się w tej posadce – głos króla wdarł się zza drzwi do Sali kominkowej.

Sługa 1 – Najwyższa wysokość, zrobię wszystko, by doprowadzić to zaniedbanie do idealnego stanu. Najmocniej najjaśniejszego króla przepraszam. To już nigdy się nie powtórzy – z poddaniem upadł na kolana i wyciągnąwszy białą chustkę z kieszeni począł chuchać i wycierać podłogę.
Nieprzerwalne kroki  otworzyły sobie drzwi.

Król – Witam Cię moja Ty królowo. Nie masz pojęcia jakie wielkie sprawy chodzą mi dziś po głowie. Muszę jeszcze tak dużo zarządzać, że aż się boję o swoje zdrowie. Czy aby każdy król ma tak dużo pracy jak ja?

Królowa – Oj mój misiu pysiu, królu mój, króliczy – powiedziała czule pstrykając swoją kuleczką w stronę kominka – Choć tu do mnie. Żonka Cię przytuli, pocałuje …

Król (przerywając) – Nie! Nie teraz. Nie mam czasu. Wpadłem tylko o coś zapytać. Jak sądzisz, lepiej kiedy noszę koronę tak, czy może w ten sposób? Może lepiej założę tą drugą? Już sam nie wiem – warkną, schylając głowę w kierunku stojącej na kominku wazy, by się w niej przeglądnąć.

Królowa – Ty elegancie Ty. Dobra jest. Wyglądasz super, jak na supernowego króla przystało.

Król (spokojnie) – No bo pomyślałem, że może coś nie tak jest.

Królowa – Mój Ty myślicielu, filozofie najcenniejszy. Jak ja Cię kocham za te drobnostki.
Zofija rzuciła się na Edmunda i uścisnęła go tak, jak królowa ściska króla.

Król – Ach przestać! Przecież pomniesz mnie całego. Co o mnie pomyślą!

Królowa – Przecież te nowe szaty się nie mną, ani ani.
Na dowód swojej teorii chwyciła Edmunda za fraki i poczęła tarmosić. Jak na złość coś pękło, odskoczyło i poturlało się pod stół. Wielki stół. Dębowa chabeta, na której można by zarzynać  bawoły, a obok jednocześnie chędożyć jakąś miłą pokojówkę.

Król – Zepsułaś! Guzik zepsułaś, urwałaś!
Królowa klasnęła, gwizdnęła i zanim dźwięki odbiły się od ścian w drzwiach zjawiła się cała służba.

Król – Guzik! Guzik się poturlał!
Wszyscy jak stali zaraz poklękali.

Królowa – Sprawa jest taka, że szukamy guzika. Leży pod stołem, o tam – wskazała paluszkiem.

Król – Kto był przed chwilą w ubikacji, jest wyeliminowany z poszukiwań. Reszta do roboty!
No i rzucili się, bo znając swój los wiedzieli, że za guzik może być nagroda.

Sługa2 – Jest! Mam go! Byłem pierwszy – pomyślał i strzepawszy śnieżnobiałą chustkę ułożył nań guzik i poszusował na kolanach w stronę króla. – Proszę najjaśniejszy – wyciągnął ku czci ofiarę pochylając przy tym głowę.

Król – Dobrze. Teraz wyparzysz guzik w rondelku, a Mariola go przyszyje. Dla was będzie nagroda.

Królowa (podskakując i tuląc do policzka złożone dłonie z zachwytu) – Ty szlachetny króliczku, a jaką nagrodę przewiduje Twa wielka królowatość?

Król – Pobawicie się przez godzinę w berka.
Twarze Marioli i Stacha rozpromieniały jak dojrzewające banany. Od dawna mieli się ku sobie. Ich ciała zadrżały z niecierpliwości na chwilę rozkoszy.
Wyjdźcie! – stanowczym głosem Zofija posprzątała salę. Dziewięć osób gęsiego ukłoniwszy się wymaszerowało. Zaraz potem Król.

Zofija westchnęła, tak jak wzdychają psy, gdy ułożywszy się wygodnie na swoim legowisku, poprawiając fafle mlaskając kilkakrotnie mogą zawierzyć, że wszystko jest w należytym porządku.
Jej legowiskiem był dziwny, fioletowo-zielony  fotel, który tworzyły jakby pozlepiane ze sobą poduchy. Cała ta forma delikatnie kołysała się pod ciężarem jej ciała. Guziki (po cztery na poduchę) zdawały się być połączone ze sobą siecią przewodów, bo gdy tylko królowa poruszała się – wysuwały się i wracały na swoje miejsce. Ich kontrastujące z całą resztą kolory wibrowały niczym kwiaty koniczyny w magicznym tańcu letniego popołudnia. Fotel pochłaniał ja z należytą rozkoszą. Żar kominka głaskał jej powieki, które spowite lepką mazią kleiły się do siebie jak pierożki w gorącej kipieli. Wtulona głowa i rozchylone usta łapały kęsy rozochoconego letargu. 

- Gdyby ta speluna pamiętała wszystkie szklanki whisky, wypite przed rejsem. Tylko ty mi mała nie żałuj – krzyknął klepiąc Zofiję w dupsko. -  Przynieś mi i mojemu przyjacielowi buteleczkę, bo jutro porwą nas wiatry przygody. Gwar speluny mieszał się z odorem męskiego potu, zawiesiną dymu i dziurawego uśmiechu nieogolonych mord. Błyskotliwie spojrzał na nią spod gęstwiny soczystych brwi. Trąciła jego rękę i odwróciwszy się ruszyła w stronę baru. Czuła, że szkliste spojrzenie tego mężczyzny spoczywają na jej biodrach kołysząc jej ciałem niczym łajbą podczas sztormu. Jej biust napęczniał. Kiedy przyniosła whisky złapał ją za rękę i z niezwykłą delikatnością pogłaskał. Nie słyszała głosów spragnionych ochlej mord oblepionych po stolikach, brzdęku tłuczonych kufli, muzyków, ani ich melodyjnej szanty. Czarnooki marynarz mógł zrobić z nią na co tylko miał ochotę. Świata poza nim przestał istnieć. Ich oddechy w spójnym rytmie zespoliły się jak dryfujący liść na delikatnych falach zatoki. Czuła jego oddech na karku i stanowczy uchwyt na jej ramionach…

Ewa! Ewciu … Wróciłem.
Co jest do jedzenia?
Znów spałaś z palcem w nosie...

Obserwatorzy